INDIANIE NIE PŁACZĄ

Nazwisko Shaw zobowiązuje. Trzeba umieć pisać oryginalne scenariusze. Nawet na lodowej tafli.

Staropolskie przysłowie mówi, że jeśli nie można kijem, to trzeba głową. Za oceanem też to znają. Andrew Shaw trafił krążkiem do bramki… z główki. Stało się to podczas drugiego meczu finałów konferencji pomiędzy Chicago Blackhawks, a Anaheim Ducks. Czarny jastrząb wzbił się w powietrze jak rasowy napastnik piłki nożnej. Kaczory oniemiały i nikt nie ważył się kłapnąć nawet szybką od kasku. Jednak popularni Indianie tomahawki wzniesione w górę mieli tylko przez moment. Arbiter nie poeta – litery co prawda się trzymał, ale nhl-owskiego prawa, a nie poetyki obrazu i gola nie uznał. W Chicago jednak lud twardy, poradzili sobie niegdyś z Alem Capone, to z decyzją sędziego również, więc mecz ostatecznie i tak wygrali.
Normalka. “Shaw” must go on.
https://www.youtube.com/watch?v=bisGLo_mFGs

Dodaj komentarz