(fot. Sky News)

RAKIETOWO(C), notowanie 1 – Stroje i rozstroje…

“Sereny śpiew” oraz wyreżyserowane przez Polansky’ego… Petera. Premierowy ranking zdominowany całkowicie przez tenis, a konkretnie US Open.

NA TRZECIM STOPNIU PUDŁA…

Żar lał się z nowojorskiego nieba podczas tegorocznego turnieju. Niektórym upał odbijał się na wynikach, a niektórzy odbijali… piłeczkę w sieci na temat skwaru. Na zdjęcie zamieszczone na Twitterze przez Borisa Beckera, prezentujące wyczerpanego Djokovicia po jednym ze spotkań, zareagował Jimmy Connors. Triumfator 109 turniejów cyklu z przeszłości napisał: “Dla 3,5 mln dolarów grałbym w samo południe na Saharze”. (Connors wbijając swoją twitterową szpilę lekko niedoszacował, bo akurat singlistom i singlistkom w tym roku rozdawano 3,8 mln) O tę kwotę walczyła także m.in. Alize Cornet. Francuzka w swoim pierwszym meczu turnieju z Johanną Larsson postanowiła zmienić przepoconą, górną część swojej garderoby. Niestety w pośpiechu nie zauważyła, że założyła koszulkę na lewą stronę. Naprawiając swój błąd już na korcie, Cornet musiała błysnąć na moment ciałem (uzbrojonym w sportową bieliznę).
Nie spodobało się to sędziemu, który upomniał Francuzkę za naruszenie regulaminu turnieju. Mówi on, że tenisiści/tenisistki mogą zmieniać ubranie na korcie tylko w czasie przerwy między setami lub w trakcie przerwy medycznej. Tak właśnie zrobiła Alize, której nieoczekiwany pokaz bieliźnianej mody odbył się w przerwie przed trzecim setem. Tym samym upomnienia nie powinno być, ale arbitrowi Christianowi Raskowi najwyraźniej nie spodobało się po prostu, że czynności tej dokonała kobieta, a one zazwyczaj zmieniają garderobę w szatni. Zdaniem zdecydowanej większości ekspertów sędzia wykazał się seksizmem, nadgorliwością, a ostrzeżenie tenisistki nosiło znamiona dyskryminacji. Podobne sytuacje zdarzają się u mężczyzn nagminnie i nikt nie widzi w tym problemu. Moje subiektywne podsumowanie z przymrużeniem oka: Alize Cornet jest z Francji, Christian Rask z Danii, a Johannna Larsson ze Szwecji. I cóż, że ze Szwecji? Być może dla Raska, to była bliższa ciału koszula…

DRUGI OWOC NA PUDLE…

Nie odchodzimy zbyt daleko od tematów tekstylnych, bo przecież Serena Williams niekwestionowaną królową strojów jest i basta! Tiule, koronki, falbanki… Wystąpiła już na korcie w sukience przypominającej marynarkę, dżinsowej spódniczce mini, podczas French Open w opiętym kombinezonie z długimi rękawami i legginsami, który nazwała “Czarną Panterą”. Tenisistka wyznała, że dzięki temu kostiumowi czuje się jak superbohaterka, którą zawsze chciała zostać. Niestety Francuska Federacja Tenisowa określiła go „lekceważącym”. Na dowód, że Serena nic sobie nie robi z krytyki na temat jej strojów, podczas meczu z Magdą Linette na U.S. Open znów zachwyciła odważną kreacją, tym razem występując w czarnej sukience na jedno ramię, zaprojektowanej przez Virgila Abloha. Jednak to nie jej strój ze spotkania z Polką, a zachowanie podczas meczu finałowego z Naomi Osaką, zostało najbardziej zapamiętane. Niestety. Williams nie radziła sobie tego dnia z dużo młodszą i mniej doświadczoną rywalką. Pewnie dlatego z trybun zaczął jej podpowiadać trener Patrick Mouratoglou. Za niedozwolony coaching (komunikacja werbalna lub niewerbalna trenera z graczem) tenisistka z Palm Beach Gardens otrzymała ostrzeżenie. Potem było już tylko gorzej, cyrki z rozwaleniem rakiety, kolejne kary od sędziego… Swoją frustrację była liderka rankingu WTA postanowiła także wyładować na arbitrze. Carlos Ramos został nazwany “złodziejem” i “oszustem”. A Osaka po cichutku… wygrała ten mecz finałowy.

ZŁOTY OWOC

Niekwestionowanym zwycięzcą pierwszego notowania RAKIETOWO(C)-u jest wydarzenie dotyczące 30-letniego tenisisty Petera Polansky’ego. A właściwie cykl wydarzeń z jego życia, dotyczący Wielkiego Szlema, który na tegorocznym US Open miał swój niezwykły ciąg dalszy. Otóż tenże Polansky może bez obawy o popadnięcie w przesadę mówić o sobie, że jest “w czepku urodzony”. Kanadyjczyk jest od pewnego już czasu solidnym zawodnikiem drugiej setki światowego rankingu (w momencie pisania tego felietonu 120.), który nigdy w karierze nie był tak wysoko, żeby bez eliminacji zagrać w Wielkim Szlemie. Prawie zawsze jednak był na tyle dobrze notowany, żeby łapać się do eliminacji czterech największych turniejów. I gdzie ta magia? Proszę bardzo… Polansky w tym roku ani razu nie przebrnął tychże kwalifikacji podczas każdego z turniejów wielkoszlemowych, a zagrał w turnieju głównym każdej z tych imprez. Brzmi niewiarygodnie? Nie ma tu jednak żadnej magii, tylko fura szczęścia jaką ma Kanadyjczyk, ponieważ za każdym razem, kiedy dochodził do trzeciej rundy kwalifikacji i w niej odpadał, dostawał się do głównego turnieju jako tzw. lucky loser. Zostawał po prostu szczęśliwie wylosowany. Jeśli komuś przeszło przez myśl, że takie sytuacje na pewno mają miejsce często w odniesieniu do iluś konkretnych zawodników, to spieszę wyjawić, że do tej pory w historii tenisa zaledwie sześciu zawodników zaliczyło po trzy występy w tej roli… przez całą karierę. Przypomnę, że Kanadyjczyk – cztery razy w jednym roku. Wedle statystyk szansa na takiego farta wynosi mniej więcej 1 do 65 tysięcy… Słynny Roman Polański nie powstydziłby się wyreżyserowania takiej historii…

Dodaj komentarz